top of page
Szukaj

Najtrudniejsze są zawsze początki

  • 14 kwi 2020
  • 2 minut(y) czytania

Zaktualizowano: 15 maj 2020


Poniedziałek, 9 stycznia 2012, godzina 15.30 czasu środkowoeuropejskiego.

Lotnisko im. Lecha Wałęsy w Gdańsku. Ostatnie minuty przed wylotem.


Cel: Liaoyang, małe miasteczko w Północno-Wschodnich Chinach, prowincja Liaoning. Wiemy na pewno, że:

a) przed nami ok. 20 godzin lotu i 2 przesiadki (we Frankfurcie nad Menem i Pekinie),

b) na miejscu będzie bardzo zimno (około -20 stopni C),

c) będziemy najprawdopodobniej jedynymi Europejczykami w mieście.


Przed nami ostatni lot z Pekinu do Shenyang, Zmęczenie daje się we znaki. Z drugiej strony pojawia się ogromne podekscytowanie. Kolejna zapowiedź pilota odnośnie temperatury potęguje dreszczyk emocji. Prognoza pogody, którą monitorowaliśmy przed wylotem sprawdziła się. -20 stopni C. Na pokładzie samolotu została garstka białych twarzy. Nadszedł czas na przestawienie zegarków (przez cały rok obowiązuje w Chinach czas UTC +8, przesunięty o 7 godzin do przodu w stosunku do czasu polskiego).


Na lotnisku w Shenyang czeka na nas kierowca trzymający w dłoniach kartkę papieru

z naszym nazwiskiem. Nie mówi po angielsku. Podróż do Liaoyang zajmuje około godziny. Tyle wystarczyło, aby przeżyć pierwszy szok kulturowy.

Jedziemy w totalnych ciemnościach, środkiem wyboistej drogi. Kierowca nagminnie używa klaksonu. Trąbi na pieszych, rowerzystów (żaden nie używa świateł, odblasków itp.), wymija samochody prawą stroną jezdni, jedzie po chodnikach, wyprzedza na trzeciego, stale używa długich świateł. Jesteśmy przerażeni, ale cali i zdrowi dojeżdżamy do hotelu.


Nazajutrz wychodzimy na pierwszy spacer po mieście.

Trudnością okazało się zwykłe przechodzenie przez jezdnię. Brak sygnalizacji świetlnej dla pieszych w połączeniu z ogromnym natężeniem ruchu stwarzało ekstremalnie trudne warunki dla przechodniów. Biorąc pod uwagę fakt, iż kierowcy bezustannie walczą o miejsce na drodze, zmieniają pasy nie używając migaczy, jeżdżą pod prąd, pierwsze próby przejścia przez ulicę dostarczyły ogromnych emocji. Kierowcy widząc na ulicy pieszego, nie zwracają na niego żadnej uwagi. Nie zwalniają, nie zachowują bezpiecznej odległości. Lawirowanie pomiędzy pędzącymi samochodami przypomina w Chinach słynną grę komputerową Frog. Albo dostosujesz się do zasad, albo....game over (w Chinach jest aż 20% wypadków śmiertelnych na drodze z ogólnej liczby na całym świecie...). Jednym ze sposobów przedostania się na drugą stronę ulicy okazało się zbieranie ludzi w grupę. Wchodząc jednocześnie na drogę, wymuszają zatrzymywanie się wszelakich pojazdów - autobusów, samochodów, riksz, rowerów, bardzo cichych rowerów elektrycznych.

Wszędzie stoją zaparkowane samochody. Są miejsca, gdzie krawężnik pozostaje jedynym skrawkiem przestrzeni dla poruszającego się pieszego.


Pierwsze wrażenia były ekstremalne. Nie miały nic wspólnego z WIELKIM WOW. Człowiek zaciskał zęby, ubierał się na cebulę, wychodził po zakupy, do pracy, żył. Z czasem zaczął oswajać się z nową rzeczywistością, pozwalając sobie na większą swobodę.

Czy powtórzyłabym to jeszcze raz? ZDECYDOWANIE TAK.







 
 
 

Komentarze


bottom of page