W Królestwie Marii Zawsze Zielonej
- 21 cze 2019
- 2 minut(y) czytania
Maria (potocznie zwana marychą), to znana postać (atrakcja) na Ko Lancie- wyspie, na którą właśnie płyniemy.
Decyzja o spędzeniu kolejnych kilku dni na tej właśnie wyspie zapadła spontanicznie. Leżąc na plaży na Long Beach, zapragnęliśmy przedłużyć rajskie wakacje, pływając po okolicznych wyspach (kosztem podróży do Kambodży).
Za dużo o Ko Lancie nie wiedzieliśmy. Nie wiedzieliśmy czego się spodziewać, co zastaniemy na miejscu, gdzie będziemy spać itd.
Na promie zaczepia nas sympatyczny Taj oferując nocleg w jednym z domków przy plaży. Przeglądamy broszurę reklamową, negocjujemy cenę i ostatecznie decydujemy się na Riviera Resort (w cenie dojazd jeepem z portu).
Na miejscu okazuje się, że bardzo dobrze trafiliśmy. Hotel jest zadbany, w dobrej lokalizacji, z wypożyczalnią skuterów i świetną restauracją tuż przy samej plaży. No i te bary...
~`W królestwie Marii Zawsze Zielonej i Boba Marley~`
O tym, że Bob dobrze dogaduje się z Marią wiedzą wszyscy (szczególnie na Jamajce). Na Ko Lancie również stanowią zgrany duet. Duch Boba, wszechobecny, w każdym barze na wyspie (w postaci figurek znanego muzyka czy też fluorescencyjnych liści konopii namalowanych na ścianach) wprowadza localsów i turystów w błogi stan relaksacji. Można pokusić się o stwierdzenie, że nikomu na Lancie do szczęścia nic więcej nie potrzeba. Z głośników dobiega muzyka reggae. Barman trzymając w ustach blanta wielkości kija bejsbolowego, pyta gości czy nie potrzeba im czegoś więcej niż zamówiona Pina Colada...
Dla osób szukających nowych znajomości, Bob z Marią mogą stanowić na Ko Lancie doborowe towarzystwo. W barach na plaży na pewno ich znajdziecie.
Ko Lanta przyciąga również miłośników przyrody. Na końcu wyspy znajduje się park narodowy ze wspaniałym punktem obserwacyjny- latarnią morską. Miejsce magiczne.
Niczym włoscy kochankowie objeżdżamy skuterem całą wyspę. Po drodze mijamy farmy motyli, słonie, wioskę rybacką, plantacje bananowców, lasy namorzynowe, bezludne plaże. Jedno z piękniejszych przeżyć ever!
Każda z odwiedzanych tajskich wysp była inna. Najdziksza i najbardziej pierwotna była Ko Lanta. Wyglądała dokładnie tak, jak powinna wyglądać w mych wyobrażeniach rajska wyspa gdzieś na końcu świata. Gdzie człowiek całymi dniami, z bananem na twarzy, w towarzystwie przyjaciółki Marysi, leży w hamaku rozpiętym między palmami. W słomkowym kapeluszu na głowie sączy mleko kokosowe. W tle słychać One Love! One Heart! Let's get together and feel all right...

Wejście z promu na wyspę


Gdyby ktoś pytał: Marysi ze mną nie było ;)


Najpiękniejsze jest to, że nie wiesz co lub kto kryje się za zakrętem

Stacja paliw z obsługą

Stacja paliw samoobsługowa





Przy latarni morskiej

Siedziba parku narodowego. Obok domek dla gości i sadzawka, w której ujrzeliśmy krokodyla

...dodam, że sadzawka nie była ogrodzona...

Na plantacji ;P

Przy Mangrove Forest

Mango rządzi




Komentarze